3 sierpnia 2017

Kumulacja cierpień; Kumulacja gniewu - Monika Fudali [RECENZJA]

Do tej pory ani razu nie brałam udziału w żadnym Book Tourze. Kiedy zobaczyłam, że Daria z bloga Kraina Książką Zwana szuka chętnych do udziału w tym recenzenckim łańcuszku z książkami Moniki Fudali od razu się zgłosiłam. Znałam co nieco książkę "Niezapominajki" tej autorki, a na fali entuzjazmu wynikającego z tego, że zdobędę nowe blogowe doświadczenie nawet nie zagłębiłam się, co mam przeczytać i zrecenzować. Zasugerowałam się "Niezapominajkami" i tytułami booktourowych książek, które kojarzyły mi się z tematyką obyczajową.



Kiedy w bardzo sympatycznie zorganizowanym przez Darię Book Tourze przyszła moja kolej, a książki dotarły do mnie, przeżyłam dwa zdziwienia. Po pierwsze, w kopercie nie znajdowały się książki, a książeczunie. Bardzo mała liczba stron i jeszcze mniejszy rozmiar. To w zasadzie opowiadania. Po drugie, okazało się, że z tematyką obyczajową te historie nie mają nic wspólnego. To opowiadania grozy. I tu zaczęły się schody... Ja nie czytam takich książek, nie oglądam takich filmów. Miałam wcześniej kilka podejść, ale albo zamęczałam się, żeby dotrwać do końca, albo porzucałam lekturę, nie kończąc jej.

Zaciśnęłam zęby i postanowiłam połknąć tę żabę, skoro już podjęłam się zobowiązania.
Nie jest łatwo pisać o czymś, do czego nie ma się przekonania. Jeżeli Ty, drogi Czytelniku, jesteś fanem powieści czy opowiadań grozy, to raczej nie powinieneś sugerować się moją opinią o tych książeczkach.

"Kumulacja cierpień" streszcza się mniej więcej tak: robotnik budowlany pracujący przy remoncie domu niedawno zmarłych państwa Becker znajduje tajemniczą, ozdobną szpilkę i zanosi ją do swojego domu. Od tego momentu w życiu jego i jego żony zaczynają dziać się bardzo dziwne rzeczy.
Sąsiadami Beckerów są bracia: Keisuke i Sato. Pierwszy z nich ma szczególne zdolności: wyczuwa aurę i demony, wie jak pomagać duszom. Keisuke ma świadomość, co i dlaczego zaczyna się dziać w związku ze znalezioną szpilką i stara się pomóc, pertraktując z demonem, który zrodził się z kumulacji nieszczęść i cierpień państwa Becker.

"Kumulacja gniewu" to historia Sary Colt, mężatki i matki dwóch synów. Jeden z nich, 6-letni Jim, zaginął przed miesiącem.
Sara zaprasza na grilla roznosiciela gazet, który okazał się dla niej życzliwy i wyraził zainteresowanie zaginięciem Jima.
Tym roznosicielem jest Sato, znany już z "Kumulacji gniewu". Umiejętności jego brata, Keisuke, okazują się pomocne w wyjaśnieniu, co stało się z chłopcem.

Oba opowiadania, o ile dobrze odczytują, niosą pewne przesłania. Dusze osób zmarłych pozostawiają w miejscach przez nich opuszczonych ślad. Wytwarzają pewną aurę wpływającą na to, co się dzieje już po śmierci tych osób. Są też dusze, które z jakichś powodów nie chcą opuścić świata żywych. Podobnie jak w filmie "Szósty zmysł" mają jeszcze jakieś sprawy do załatwienia, coś do wyjaśnienia w świecie żywych.

Ponieważ ta konwencja do mnie zupełnie nie przemawia, wybaczcie, ale nie będę poddawać tych opowiadań dłuższej analizie, bo to i tak pewnie nie będzie trafione i miarodajne dla tych, którzy lubują się w takim gatunku.

Muszę jednak wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. O ile jakość tekstu "Kumulacji cierpień" jest przyzwoita, to w drugim tomiku wydarzyło się coś okropnego. To krótkie opowiadanie usiane jest błędami. Jestem w stanie jakoś przełknąć błędy interpunkcyjne. Ale występowanie błędów ortograficznych, i to licznych, zrozumieć i zaakceptować nie mogę. Każdy jest w stanie sprawdzić poprawną pisownię w słowniku ortograficznym - to pierwsza kwestia. Druga jest taka, że błędy występujące w "Kumulacji gniewu" byłby w stanie wyłapać dobry z polskiego uczeń. Wiem, że można mieć kłopoty z ortografią również w dorosłości, ale wystarczy dać do przejrzenia tekst komuś, kto nie ma problemów z pisownią.

Kolejna sprawa, która uderzyła mnie podczas lektury "Kumulacji gniewu": miesiąc po zaginięciu synka Sarah urządza grilla, zachowuje się dość beztrosko (tak jak jej mąż i drugi syn) i jeszcze zaprasza obcego roznosiciela gazet. Ludzie nie są jednakowi, zachowują się bardzo różnie, ale to akurat oceniam bardzo niewiarygodnie. Choć może w tym przypadku czepiam się na siłę... Pozostawiam to Waszej ocenie.


Dziękuję Darii z bloga 
za zorganizowanie Book Touru.

21 lipca 2017

Czarna - Wojciech Kuczok [RECENZJA]

Czarna to nazwa miejscowości, w której rozgrywa się opisywana historia. Ale nie tylko, bo czarna jest również aura opowieści, czarne myśli mają jej bohaterowie, czarne są ich czyny, a przyszłość, którą sobie nakreślają, również jest czarna. 
Seria "Na f/aktach" wydawnictwa Od Deski Do Deski powiększyła się o kolejny, po m.in. "Ostatniej wizycie", mocny tytuł, wywołujący w czytelnikach silne emocje i z pewnością nie pozostawiający ich obojętnymi na historię spisaną przez Wojciecha Kuczoka. 

11 lipca 2017

Pozorność - Natalia Nowak-Lewandowska [RECENZJA]

Są takie książki, które choć czyta się dobrze i szybko, to jednak z pewnym trudem. Mam na myśli trud emocjonalny. Skomplikowana, nieprzyjemna tematyka oraz realizm opisów sprawiają, że kipiące w czytelniku emocje podwyższają tętno i przyspieszają oddech (lub go wstrzymują). Wielu z Was zapewne wie, o czym piszę. Tak właśnie żywo reagowałam podczas lektury "Pozorności" Natalii Nowak-Lewandowskiej. 



5 lipca 2017

Bilet do szczęścia - Beata Majewska [RECENZJA PREMIEROWA]

"Bilet do szczęścia" stanowi kontynuację książki "Konkurs na żonę". Czekałam na drugie spotkanie z Łucją i Hugonem, z ciekawością, jak dalej potoczyły się ich losy i co nowego przyszykowała dla nich autorka. 
W dniu premiery książki opowiem Wam o moich wrażeniach z lektury. 

28 czerwca 2017

Big Book Festival [FOTORELACJA]

W miniony weekend, w Warszawie odbył się po raz piąty Big Book Festival. Impreza, która przyciąga miłośników literatury, może poszczycić się świetnymi statystykami, ale co najważniejsze z punktu widzenia uczestników, przede wszystkim wspaniałą atmosferą i mnogością arcyciekawych wydarzeń. 

23 czerwca 2017

Mogę wszystko - Anita Scharmach [RECENZJA]

Wielu z nas lato i wakacje kojarzy się z lżejszymi lekturami, często z literaturą kobiecą. Ja nie wybieram książek ze względu na pory roku, ale wychodząc naprzeciw oczekiwaniom niektórych z Was, opowiem Wam o debiucie literackim Anity Scharmach - "Mogę wszystko", który zdecydowanie może stanowić wakacyjną lekturę. 
No chyba, że nie chcecie w pociągu, samolocie czy na plaży śmiać się i płakać na oczach innych. 


19 czerwca 2017

[AKCJA CHARYTATYWNA] Autorzy i czytelnicy pomagają Wojutsiowi

To wspaniale, że kupujemy i czytamy książki, piszemy o nich i rozmawiamy. 
Są takie chwile, kiedy z naszej książkowej pasji płynie dodatkowa korzyść: pomagania tym, którzy potrzebują pomocy i wsparcia. 

14 czerwca 2017

"Która jego jest" - S. M. Borowiecky [RECENZJA]

Jeżeli lubi się kategoryzowanie i przypinanie łatek, to S. M. Borowiecky można nazwać polskim Danem Brownem albo Danem Brownem w spódnicy. Takie skojarzenia miałam po lekturze pierwszej części - "Ani żadnej rzeczy". Kiedy odłożyłam przeczytaną drugą część, nasunęło mi się jeszcze jedno skojarzenie z popkultury - Indiana Jones. 

6 czerwca 2017

Powrót do starego domu - Ilona Gołębiewska [RECENZJA]

Przez ostatnie lata czytałam głównie kryminały i literaturę faktu. Prowadzenie bloga zdecydowanie przyniosło mi poszerzenie wachlarza lektur, które trafiają w moje ręce. 
Przypominam sobie moment, wiele lat temu, kiedy ukazał się "Dom nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej. Książkę natychmiast kupiłam i przeczytałam z dużą przyjemnością, a teraz po latach dane mi było podobne odczucia przeżywać podczas lektury książki Ilony Gołębiewskiej - "Powrót do starego domu".


31 maja 2017

Emerycka szajka idzie na całość - Catharina Ingelman-Sundberg [RECENZJA]

Czy szajka musi mieć wyłącznie negatywne konotacje? Czy nie może budzić sympatii? Czy członkowie szajki muszą być młodzi i sprawni? Catharina Ingelman-Sundberg wcześniej już dwukrotnie sprawiła, że polubiłam i kibicowałam grupce seniorów, która u kresu swojego życia postanowiła zawalczyć o lepszy byt dla siebie i innych niedocenianych, marginalizowanych grup społecznych.

23 maja 2017

Całe życie - Robert Seethaler [RECENZJA PREMIEROWA]

Są takie historie, które przychodzą i odchodzą, które całkiem przyjemnie się czyta, ale dość szybko potrafią wyfrunąć z głowy i serca czytelnika. Ale są też takie, które pozostają z nami na długo, niektóre na zawsze.

18 maja 2017

ETUI NA KSIĄŻKĘ. Przydatny gadżet książkoholika.

Książkoholicy kochają nie tylko książki, ale również gadżety z nimi związane. Zakładki to sprawa oczywista i podstawowa. Ale są też inne, które nie dość, że piękne, to mogą być również bardzo użyteczne. 

9 maja 2017

Konkurs na żonę - Beata Majewska [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]

Lubicie bajkę o Kopciuszku i wariacje na jej temat w filmie i literaturze? Wiele z Was pewnie tak, bo choć temat mocno eksploatowany, to nadal ma magnetyzującą siłę przyciągania. 
Poznajcie opowieść o Kopciuszku po tuningu, w której książę nie jest kochający, dostojny i honorowy, a sam Kopciuszek, choć biedny i zahukany, to okazuje się być nie w ciemię bity. 


28 kwietnia 2017

Ani żadnej rzeczy - S. M. Borowiecky [RECENZJA]

Pamiętacie szał, jaki kilka lat temu zapanował po wydaniu "Kodu Leonarda da Vinci" Dana Browna? Ja pamiętam go doskonale. Dałam się delikatnie wciągnąć, ale tylko w szaleństwo lektury. Film obejrzałam z niesmakiem, pomimo mojego uwielbienia dla Toma Hanksa. Przeczytałam "Kod...", potem "Anioły i demony" i może jeszcze 1-2 tytuły innych autorów powstałe w tej konwencji. 
Po latach wróciłam do tego nurtu poprzez lekturę polskiej książki "Ani żadnej rzeczy" S.M. Borowiecky. 


25 kwietnia 2017

"Złote spinki Jeffreya Banksa" - Marcin Brzostowski [RECENZJA]

Spośród wielu korzyści, jakie przynosi mi prowadzenie bloga o książkach, jedną z najmilszych jest poznawanie książek i autorów, których mogłabym nie spotkać, wybierając lektury jedynie w szerokiej dystrybucji. 
W mojej ręce wpadła niezbyt gruba, za to przyjemna lektura, która wyszła spod palców Marcina Brzostowskiego. 



Przyjemna nie w znaczeniu sielankowej opowieści, w której słonko grzeje, a ptaszki wesoło ćwierkają ;-). Używając takiego określenia, miałam na myśli książkę lekko i sprawnie napisaną, z ciekawą, wciągającą fabułą. A jest ona daleka od sielanki. "Złote spinki Jeffreya Banksa" to gangsterska komedia kryminalna w brytyjskim sosie. 

Frankie Turbo jest prawą ręką bossa londyńskiego półświatka, Ezekiela Horna znanego pod pseudonimem Oxford (swoją drogą bardzo dystyngowana ksywka). 
Frankie, na zlecenie szefa, ma przetransportować bardzo wartościową przesyłkę. Niestety ta arcyważna misja zostaje przerwana... przez policję. I cały plan idzie w łeb. Oxfordowi zależy na uwolnieniu swojego podwładnego, a jeszcze bardziej na odzyskaniu tej przesyłki. 
Sytuację komplikuje boss konkurencyjnego gangu - niejaki Krwawy Siergiej. 
W rozwikłaniu kłopotliwej sytuacji Oxforda pomocna może okazać się pewna prostytutka, Piękna Sara Lou, oraz miłość do klubu piłkarskiego Chelsea. 
W całej gangsterskiej układance nie mogło zabraknąć miejsca dla tytułowego Jeffreya Banksa. Ten należy do zupełnie innego świata, bo jest ministrem spraw wewnętrznych. Obraca się w wyższych sferach, ale zajmuje szczególne miejsce w przebiegu fabuły. A jakie? Musicie sprawdzić sami. 
No i jest posiadaczem złotych spinek o dość intrygującym pochodzeniu. 

Pióro Marcina Brzostowskiego bardzo mi odpowiada. Lekko i sprawnie prowadzi narrację i tworzy ciekawe dialogi. Bohaterowie są różnorodni i świetnie nakreśleni. Podczas lektury intensywnie wyobrażałam sobie wygląd postaci i nieźle się przy tym bawiłam, biorąc pod uwagę ich komediowy charakter. Szczególnie wyraźnie wizualizował mi się teść Jeffreya Banksa. Obwieszony medalami, emerytowany admirał, który w skórze bohatera narodowego skrywa pokręconego dziadka, nasuwał mi obraz Lloyda Bridgesa w wydaniu z filmu "Hot shots". 

Ta postać to nie jedyny element rozweselający podczas lektury. Najbardziej ubawiła mnie historia poznania Jeffreya Banksa z jego żoną. Kiedy o tym czytałam, nie mogłam powstrzymać się od głośnego śmiechu. Dobrze, że byłam wtedy w domu, a nie jakimś miejscu publicznym. 

"Złote spinki Jeffreya Banksa" dzieją się w Wielkiej Brytanii i muszę Wam powiedzieć, że angielski klimat jest wyczuwalny i wyraźny. Nie robiłam dochodzenia i nie wiem, czy autor mieszka lub mieszkał w Anglii, ale wybornie udało mu się odtworzyć tę atmosferę, zarówno w narracji, jak i dialogach. Ale obyło się bez angielskiej flegmy ;-). 

To lekka i odprężająca lektura, która udowadnia, że Marcin Brzostowski ma naprawdę dobre pióro. Pisze w ciekawy i łatwy w odbiorze sposób. 
Ale jedno zastrzeżenie mam i nie zawaham się go wyrazić. Za mało! Za krótko! Ta niespełna 140-stronicowa opowieść jest jakby skondensowaną wersją tej opowieści. Z takimi umiejętnościami autor mógł napisać dużo więcej, bardziej rozbudować fabułę i tym samym wydłużyć czytelnikowi przyjemność czytania. 


Za możliwość lektury dziękuję Autorowi.


Znacie którąś z publikacji Marcina Brzostowskiego?
Co myślicie o "Złotych spinach Jeffreya Banksa"?